[44] Królowa cieni - Recenzja

12:00

Tytuł: Królowa cieni
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Gatunek: Fantastyka
Data wydania: 2 czerwca 2016
Liczba stron: 840
Ile czytałem: 11 dni

"Spędziłem wieki, wędrując po świecie – od imperiów do królestw, a stamtąd na pustkowia. Nigdy się nie zatrzymywałem - nawet na chwilę."

Ile ja czekałem na tę recenzję. Witam Was dzisiaj bardzo serdecznie, tym razem opowiem Wam o czwartym tomie serii, która skradła moje serce. Czy podobało mi się tak jak pozostałe części? Zapraszam!

Aelin Ogniste Serce przeżyła już bardzo wiele. Na jej oczach ginęli jej najbliżsi, harowała w męczarniach w Kopalni w Endovier. Ale nastał tego kres. Po powrocie z Wendlyn odkrywa, że Adarlan zmienił się nie do poznania. Jej - niegdyś najbliższy ukochany - Chaol staje na czele ruchu Buntowników, a Dorian nie jest już tym kim myślała, że jest. Aelin wraca, by zemścić się na tych, którzy skrzywdzili jej bliskich, odzyskać tron i stanąć twarzą w twarz z cieniami przeszłości. A przede wszystkim po to, by chronić tych, którzy jej pozostali.

Moja miłość do serii Sary J. Maas po lekturze trzech pierwszych tomów była czymś nie do opisania. Autorka sprawiła, że zakochałem się w przygodach Aelin bez reszty. Bez wątpienia ma ona taki wyjątkowy talent pisarki, który sprawił, że z reguły przeciwnik fantastyki dał książce z tego gatunku maksymalną notę. Mimo wszystko lektura czwartej części cyklu pozostawała dla mnie zagadką. Osoby z innych krajów, w których książka ta miała już swoją premierę pozostawiały recenzje, które tylko i wyłącznie rozbudzały moje chęci do zapoznania się z treścią tej powieści. No i przeczytałem. Nie ukrywam, iż przebrnięcie przez nią było czymś łatwym. Wróć. Nie spodziewałem się, że uda mi się tego dokonać w stosunkowo tak krótkim czasie. Zacznijmy od początku.

Cegła. To jedno słowo wystarczy mi do opisania wydania Królowej cieni. To 840 stron epickiej literatury, która nie pozostawi po nas nawet jednego wytchnienia. Mi udało się przebrnąć przez nią w prawie dwa tygodnie, jednak dnia kiedy ją kończyłem przeczytałem ponad 300 stron, bo tak mnie to zaintrygowało. Ta książka wciąga bez bicia, żadna stronica nie pozostawiła po mnie krzty nudy. Z takich suchych faktów mogę Wam powiedzieć, że pozycja ta podzielona jest na dwie części. Tym razem ich nazwy nie są tak istotne, jak było to w przypadku trzeciego tomu tejże opowieści. Mogę się z lekka poskarżyć na to wydanie, ponieważ napis na okładce mi się trochę starł, co zaniepokoiło mnie konkretnie.

Czytając tę powieść miałem pewne skojarzenie, jakby nie była to książka z serii Szklany tron. Odnosiłem wrażenie, że czytam coś co jest początkiem jakiejś nowej trylogii, cały ten świat wraz z bohaterami wyewoluował, i to tak konkretnie. To samo ze stylem pisania Sary J. Maas - widać, że jest coraz odważniejsza w tworzeniu. Wykreowała ona tak przemyślane i bardzo ciekawe uniwersum, że głowa mała. Mam wrażenie, że wcześniej ograniczała się z lekka do Wendlyn i Adarlanu, jednak po lekturze tej powieści takie miejsce jak Rifthold na pewno pozostanie w mojej głowie na dłużej. Jestem wręcz pewien, że zmiana ta nie przebiegłaby bez ingerencji jednej postaci. Najważniejszej postaci w tej serii. Myślę, że warto skupić się na niej na tyle, żeby poświęcić jej jeden akapit.

Aelin Ashryver Galathynius zabiła Celaenę Sardothien. Z zimną krwią. Ta zmiana bardzo, ale to bardzo przypadła mi do gustu, ponieważ postać o której mieliśmy okazję czytać w pierwszych trzech częściach była jeszcze dość niedojrzała. Do czynienia mieliśmy jeszcze z dziewczyną, która nie do końca wiedziała czego chciała. W Królowej cieni poznajemy ją zupełnie na nowo. Dojrzała na tyle, żeby nazywać się pełnoprawną królową. Fakt faktem ma ona jeszcze pewne słabości, jednak każda osoba stąpająca po tej Ziemi je przecież ma. Aelin przeistoczyła się w prawdziwą kobietę, która ma odwagę zabić swoich najbliższych przyjaciół dla dobra jej królestwa. Dla dobra jej dziedzictwa i bliskich.

Zaspoileruje Wam te recenzję, ale może poprę przykładem dlaczego dałem tej powieści notę 10/10. Głównie przez ten świat, który poznajemy praktycznie od podstaw w czwartej części cyklu. Czytając o tych baśniowych legendach z przeszłości Adarlanu czułem się jakbym sam stąpał po tych ziemiach. Jeszcze nigdy nie widziałem tak znakomicie skonstruowanego świata z magią i przywódcami, którzy pomimo wielu lat po śmierci są żądni zemsty. To uniwersum nie ogranicza się tylko i wyłącznie do ludzi - Fae, wiedźmy oraz Valgowie, czyli według mnie najciekawszy aspekt książki. Te istoty sprawiły, że z lekka bałem się spać. Same plany pewnych ludzi odnośnie mieszanki tych istot z pewnymi innymi dziwadłami przyprawił mnie o naprawdę kilka min zdziwienia.

Swoją przemianę przechodzą również inni bohaterowie. Chaol, czyli postać, którą kiedyś darzyłem ogromną sympatią na samym początku książki sprawiła, że miałem ochotę obić mu zęby, jednak los jaki przyprawiła mu Maas jest wprost okrutny. Natomiast pogłębia się moje pozytywne odczucie wobec Aediona - ten chłopak jest nieraz tak infantylny, że wzbudzał u mnie uśmiech. Nie brakuje tu nowych bohaterów, których jest naprawdę sporo - polubiłem bardzo Nesryn i Lysandarę (swoją drogą to podobnież nie jest nowa postać, bo pojawiła się w nowelkach, to prawda?). Powraca również Arobbyn, którego wątek potoczył się w dość dziwacznym kierunku. Wolałem, żeby rzeczy te wydarzyły się w trochę bardziej brutalny sposób, w końcu każdy powinien dostać to na co zasłużył.

Nie mogę nie wspomnieć tu też o wiedźmach, których wątek bardzo ciekawie się rozwinął. Manon Czarnodzioba stała się taką jakby drugą Celaeną, choć czasami jej upartość mnie irytowała. Wiedźma musi poradzić sobie z nową rolą i podjąć decyzje, które są naprawdę trudne. Do tego wątku dodana jest taka jakby świeżość w postaci Elide - dziewczyna, która z początku brana jest za szpiega zostaje jedną z bardziej istotnych bohaterek w całym cyklu. Ucieszyłem się też z faktu, iż autorka przytacza nam przeszłość niektórych istot - dawne losy Asterin naprawdę mną wstrząsnęły. Fani wywern mogą być trochę nie pocieszeni, aczkolwiek Abraxos odgrywa tu o wiele mniejszą rolę niż w trzecim tomie.

Zakończenie powieści jest dość dyskusyjną kwestią. Ostatnie sto stron było przepełnione akcją, która co rusz dawała mi nowe powody do zawału serca. Był też moment, kiedy krzyczałem, a w końcu okazało się, że postać ta pozostaje przy żywych. Dzięki autorko, moi sąsiedzi myślą pewnie, że jestem debilem. Tym razem Maas nie dała nam na tacy zakończenia, które sprawiłoby, że musimy sięgnąć po następny tom, wręcz przeciwnie - jest ono dość spokojne i gdyby pojawił się tam epilog mogłoby równie dobrze być zakończeniem całej serii. Dlatego też jestem niezmiernie ciekawy co wydarzy się w piątej odsłonie, bo podejrzewam, że dość trudno będzie wybrnąć z takiego obrotu wydarzeń.

Podsumowując Królowa cieni to książka, która była pierwszą, o której nie mogłem przestać myśleć. Ciągle głowiłem się i próbowałem zrozumieć jak tak młoda osoba mogła wykreować tak skomplikowany świat. 840 stron znakomitej literatury, gdzie akcja jest nieodłączna. Przemiany bohaterów i spiski, które niekiedy były tak przemyślane, że zdołałem tylko złapać się za głowę. Bez dwóch zdań jest to do tej pory najlepszy tom z tej serii. Polecam bardzo!

Moja ocena: 10/10!

Szklany tron I Korona w mroku I Dziedzictwo ognia I Królowa cieni I Empire of Storms I 6 częśc

You Might Also Like

8 komentarze

  1. Książka bardzo emocjonalna, a zakończenie faktycznie niezwykle spokojne, co mnie cieszy, bo nie czuje tak wielkiego przymusu sięgnięcia po kolejny tom, jak było po przeczytaniu "Dziedzictwa ognia". Książka mnie zachwyciła - podobała mi się najbardziej ze wszystkich dotychczasowych tomów :D
    Pozdrawiam serdecznie,
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli mam być szczera to czytałam twoją recenzję tak trochę przez palce (tak to jest kiedy spóźniony prezent urodzinowy jeszcze nie dotarł) jednak tylko utwierdziłeś mnie w przekonaniu, że nie mogę dłużej czekać. Kocham Sarę J. Maas właściwie od pierwszych stron pierwszego tomu i po przeczytaniu "Dziedzictwa ognia" nie umiem sobie wyobrazić, że poprzeczkę da się podnieść jeszcze wyżej. No poważnie. Kiedy dorwę się do tego tomu świat może nie istnieć :P
    A jaki miałam zaciesz kiedy dowiedziałam się, że "Empire of storms" jest jeszcze grubsze *.* Taka książka to istna radość dla czytelnika ;)

    Pozdrawiam ^^
    Książki bez tajemnic

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja jestem w trakcie lektury tej cegiełki, właściwie to już niedaleko końca i muszę się z Tobą w 100% zgodzić. To zdecydowanie najlepsza część z całej serii i ani na chwilę nie wieje nudą. Co do Lysandry, to tak, pojawiła się w "Zabójczyni" kilkakrotnie, ale po przeczytaniu tego tomu, możesz być zdziwiony tamtym "wcieleniem".

    Pozdrawiam,
    Nika addictedtobookspl.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Nominowałem Cię do tagu. :)
    http://book-dragon-blog.blogspot.com/2016/07/4-paranormal-book-tag-book-tag-2.html
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Będę miała ją na uwadze :)

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja jeszcze nie czytałam pierwszej części tej serii. Tyle już naczytałam się pozytywnych opinii, że po prostu wiem, że muszę w końcu sięgnąć po "Szklany tron" ;) Twoja recenzja tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu.

    OdpowiedzUsuń
  7. Każda kolejna pozytywna recenzja tej książki sprawia mi ból, bo ja nie dostrzegam tych wszystkich plusów i zalet. Czytam tę powieść już miesiąc i nie mogę się przemóc, żeby ruszyć dalej. Celaena to wielka porażka, jedynym bohaterem, którego toleruję jest Chaol. Poza tym nie rozumiem tych przeplatanych wątków o wiedźmach. W moim odczuciu są tylko zapychaczami. No ale zobaczymy, może w końcu coś mnie zachwyci...

    OdpowiedzUsuń
  8. Zapowiada się ciekawie. Nie miała jednak jeszcze okazji przeczytać pozostałych tomów, ale namówiłeś mnie - trzeba będzie mieć ten cykl na uwadze :)

    Pisałam Ci kiedyś, że jeśli będę miała ochotę na trochę niezwykłości, to sięgnę po "Piątą falę". Daję znać, że stało się :)

    OdpowiedzUsuń